TS Podbeskidzie
Reklama
Reklama
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Dwa lata pracy trenera Kasperczyka
2011-12-04 09:54:22, dodał: Klub, źródło: własne Dwa lata pracy trenera Kasperczyka
Foto: K. Dzierżawa

4 grudnia 2009 roku oficjalnie trenerem Podbeskidzia został Robert Kasperczyk. Tej decyzji władz klubu towarzyszyły spore emocje, dziś można już odważnie stwierdzić, iż sprowadzenie szkoleniowca do Bielska-Białej okazało się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Kasperczyk jest bowiem współtwórcą awansu Górali do Ekstraklasy i wielu wzruszeń dostarczonych kibicom futbolu pod Klimczokiem. Obecnie to drugi z najdłużej pracujących trenerów spośród wszystkich klubów ekstraklasowych.
|- Jak ocenia pan dwa lata w Podbeskidziu?
Robert Kasperczyk:
- Bardzo pozytywnie pod każdym względem. Nawet te ciężkie chwile, które tutaj miałem. Po pierwsze, co prawda nie bez kłopotów, ale zrealizowaliśmy cel utrzymania się w lidze, potem wywalczyliśmy historyczny awans do Ekstraklasy. Paralelnie graliśmy w Pucharze Polski, gdzie doszliśmy do półfinału, a brakowało nam zaledwie 15 minut, aby pokonać wielkiego Lecha. Po tej porażce wszyscy nas klepali po plecach chwaląc za dobre mecze, a my czuliśmy olbrzymią gorycz.  
Wreszcie występy w Ekstraklasie. Ten czas też był odzwierciedleniem wszystkiego – były momenty słabsze, przeciętne, średnie, a były i momenty fantastyczne, dla których warto napędzać się pozytywnie i dzięki którym można wierzyć, że jesteśmy kimś nieprzeciętnym w tej lidze. Mecze w Warszawie czy Krakowie pokazały, że ten zespół potrafi raz na jakiś czas – oby jak najczęściej – wspiąć się na wyżyny tak, że powinny się nas bać najlepsze drużyny w Polsce. Niewiele jest przecież takich zespołów, które potrafiły wygrać w Warszawie na Legii czy w Krakowie na Wiśle.


- Przychodząc do Podbeskidzia miał pan zaledwie półroczne doświadczenie na zapleczu Ekstraklasy. W Bielsku-Białej aspiracje były spore. Nie bał się pan wyzwania?
R.K.:
- Nie bałem się, napędzała mnie ta półroczna praca w Ostrowcu. Mieliśmy tam zespół, który był beniaminkiem pierwszej ligi i w rundzie jesiennej zdobyliśmy 25 punktów. Pokazałem, że potrafię panować nad zespołem i ktoś mnie dostrzegł. Moim marzeniem wtedy była praca z zespołem, który ma bardziej ambitne cele niż tylko utrzymanie się w lidze. Podbeskidzie przez dwa wcześniejsze sezony grało o awans i niewiele mu do niego zabrakło. Bardzo się więc ucieszyłem z propozycji otrzymanej z Bielska-Białej, aczkolwiek wiedziałem, że ówczesny zespół nie jest w stanie wojować w czubie ligi. Zespół był w totalnym dołku i wielu znajomych zastanawiało się, czy dobrze robię przychodząc tutaj. Runda wiosenna pokazała czego temu zespołowi brakuje. Latem braki uzupełniliśmy i w następnym sezonie byliśmy gotowi do bicia się o awans do Ekstraklasy.
 



- Początki rzeczywiście były ciężkie. Po sezonie przeprosił pan kibiców za styl gry i prosił o jeszcze jedną szansę. Był pan wtedy pewien, że ten zespół jest w stanie walczyć o awans?
R.K.:
- Pamiętam co się podobało kibicom jeszcze z czasów, gdy jako młody chłopak chodziłem oglądać mecze krakowskich drużyn ze swoim ojcem. Drużyna może przegrać, ale kibice oczekują widowiska. Podczas walki o utrzymanie w ogóle na to nie patrzyłem. Wiedziałem, że dwie, trzy porażki wciągną nas niebezpiecznie w strefę spadkową. Taktyka była więc ważniejsza od piękna gry. Jednak po sezonie postanowiłem ten rozdział zamknąć, zmienić styl gry zespołu. Wiedziałem, że są środki na to, aby wskazani przeze mnie zawodnicy przyszli do klubu. Przymiarki do zmian wraz z prezesem Okrzesikiem robiliśmy już w czasie sezonu, bo byłem przekonany, że się utrzymamy. Wzmocnienia te udało się zrealizować w stu procentach. Nawet więcej, bo Roberta Dejmana nie planowaliśmy – on trafił do nas z castingu. Potem jeszcze na zakończenie okienka pojawił się Darek Łatka. Byłem przekonany, że jak zmienimy ustawienie, zagramy dwoma napastnikami, to ta drużyna zacznie wygrywać.
Niezmiernie jestem wdzięczny ludziom, którzy przyczynili się do tego, aby mnie wtedy pozostawić w klubie. Prezes Okrzesik przekazał mi, że on bierze to na siebie, gdyż ma takie doświadczenie z życia pozasportowego, że jak komuś zaufa i da mu szansę, to ten ktoś to zaufanie spłaca. Myślę, że lepiej nie mogliśmy się dogadać biorąc pod uwagę to, co stało się później.


- Kiedy uwierzył pan w możliwość awansu?
R.K.:
- Pewnie zaskoczę wiele osób, ale stało się to po meczu w drugiej kolejce z Górnikiem Polkowice. Zespół ten miał być rewelacją ligi i w jakimś sensie nią był. Tymczasem w meczu z nami oni po prostu nie istnieli, w całym meczu oddali chyba jeden strzał. Dominowaliśmy w tym spotkaniu i wtedy już wiedziałem, że jak ten zespół się rozpędzi, to ciężko go będzie zatrzymać. Pokazały to kolejne wyniki – wyjazdowe zwycięstwo 5:0 z Termalicą, wymęczone zwycięstwo 1:0 z Odrą Wodzisław u siebie i pamiętne 6:1 na GKS-ie Katowice, gdzie każdy przecierał oczy ze zdumienia. Pamiętam, jak po tym meczu spotkaliśmy się z prezesem Okrzesikiem, aby omówić sytuację, bo tak się wcześniej umówiliśmy – na spotkanie po pięciu kolejkach – i prezes powiedział rzecz, która mi weszła w pamięć: bał się, że jest tak dobrze, iż może być tylko gorzej.
 



- Były chwile zwątpienia?
R.K.:
- Zwątpienie to chyba za duże słowo, ale był taki moment. Gdy pokonaliśmy w Pucharze Polski GKS Bełchatów i było wiadomo, że zagramy wiosną dodatkowe dwa mecze z Wisłą obawiałem się, jak to wytrzymamy. Zimą na kursokonferencji rozmawiałem z trenerami, którzy prowadzili wcześniej zespoły grające także wiosną w Pucharze. Przestrzegano mnie, abym się nie podniecał Pucharem Polski, abym pilnował awansu, bo zacznie się nam rozmywać motywacja, zacznie – w porównaniu z innymi zespołami – brakować sił. Rzeczywiście tak było, zdarzyły się mecze, w których płaciliśmy cenę za Puchar. Był to mecz w Polkowicach, mecz u siebie z Piastem oraz przede wszystkim mecz w Ząbkach z Dolcanem. Całkowicie zasłużenie przegraliśmy tam 0:2, a trzy dni później po bardzo bezbarwnym meczu zremisowaliśmy u siebie 0:0 z nie walczącym już o nic Piastem Gliwice. To były chwile zwątpienia czy nie zapłacimy za grę w półfinale Pucharu Polski zbyt wysokiej ceny. Podjąłem wtedy dość ryzykowną decyzję dotyczącą całego procesu szkoleniowego, zmieniłem treningi na lżejsze i to zaskoczyło. Widać to było już w drugiej połowie wyjazdowego meczu z Wartą, a potwierdziły to wygrane u siebie spotkania z Górnikiem Łęczna i ten pamiętny, dający nam upragniony awans, mecz z Sandecją.

- Teraz Podbeskidzie jest już w Ekstraklasie. Po awansie powiedział pan, że traktuje siebie i swój zespół w Ekstraklasie jako rodzaj wyzwania. Jak ocenia pan realizację tego wyzwania?
R.K.:
- Oprócz sztabu szkoleniowego, który całkowicie debiutuje w Ekstraklasie, jest także wielu zawodników, którzy grają tu po raz pierwszy: Sławek Cienciała, Sebastian Ziajka, Piotrek Koman, Sylwek Patejuk. Druga grupa to zawodnicy, którzy byli w klubach Ekstraklasy, ale kariery tam nie zrobili. Weszliśmy więc do Ekstraklasy zupełnie nową drużyną. Wyjątkiem są tylko dwaj zawodnicy: Marek Sokołowski i Adrian Sikora. Jak ktoś zauważył oni dwaj mają na swoim koncie więcej występów w Ekstraklasie niż cała reszta zespołu razem wzięta. Dla nas wszystkich gra Podbeskidzia na tym szczeblu rozgrywek jest więc wielkim wyzwaniem i dużą niewiadomą. Bardzo bolesna weryfikacja nastąpiła w Bełchatowie. Ale patrząc na grę także w pozostałych meczach początku sezonu chłodnym okiem było widać, że nie wiemy do końca co chcemy grać: czy to ma być ten ofensywny futbol pierwszoligowy z dwójką napastników czy taki szachowy z wyczekiwaniem na kontratak.
Wyciągnęliśmy wnioski i po meczu z Ruchem drużyna nabrała już pewnego kolorytu, pewności siebie. Oczywiście nie wszystko zaczęliśmy wygrywać, ale nie jest wstydem przegrać 0:1 na Śląsku, gdzie w zasadzie stworzyliśmy więcej sytuacji niż rywal. Nabraliśmy do tej ligi troszkę pokory i wydaje mi się, że może już być tylko lepiej. Nie jestem w stanie zagwarantować, że będziemy w Ekstraklasie wszystko wygrywać, bo nie ma takiego trenera, ale na pewno nie powtórzą się już takie mecze, jak z Koroną czy Ruchem.


- Czy ekstraklasa czymś pana zaskoczyła?
R.K.:
- Liga zaskoczyła mnie pozytywnie rozmachem medialnym. To, co robi Canal+ i inne media jest niesamowite. Wydaje mi się, że sprzedaż produktu T-Mobile Ekstraklasy jest na najwyższym profesjonalnym poziomie. Jestem wręcz dumny, że klub który wprowadziliśmy do Ekstraklasy bierze w tym udział. Pierwszy nasz mecz oglądany był w dwudziestu kilku krajach. Jestem zaskoczony tym wszystkim, co w Ekstraklasie dzieje się wokół piłki.
Jeśli zaś chodzi o aspekt czysto sportowy to wrażenie robi kultura gry, umiejętności techniczno-taktyczne, bardzo międzynarodowe zespoły, które mają swoją jakość. Między Ekstraklasą a pierwszą ligą w poziomie gry jest po prostu przepaść. Pokazały to pierwsze nasze mecze, gdy przeciwnicy bezlitośnie wykorzystywali nasze błędy przy stałych fragmentach gry, czy po stracie piłki. W pierwszej lidze można to było spokojnie nadrobić dzięki asekuracji czy podwojeniu. Tutaj trzeba liczyć się z tym, że każdy indywidualny błąd zostanie wykorzystany. Widać to było w meczach z Jagiellonią, Koroną czy Ruchem.

 




- Mówił pan o otoczce marketingowej rozgrywek. Czy pana zdaniem Podbeskidzie radzi sobie na tym polu w Ekstraklasie?
R.K.:
- Do tej pory w mojej karierze nie było wielkich klubów z aspiracjami. Tego typu rzeczy były zawsze na drugim  planie. W Podbeskidziu wiele się w tej materii nauczyłem. Wyjście do ludzi, różnych środowisk, firm, do dzieci i szkół, promowanie akcji charytatywnych czy krwiodawstwa to rzeczy, z którymi w Podbeskidziu spotkałem się po raz pierwszy. Z początku patrzyłem na to z pewnym niedowierzaniem i sporym dystansem. Z czasem jednak wszyscy się do tego przekonaliśmy i gdy teraz mówi się zawodnikowi, że musi być w tym czy innym miejscu, w szkole czy na jakiejś akcji – nie ma żadnych problemów.
Obraliśmy kapitalną drogę i jeśli dojdzie do tego jeszcze nowy stadion, który jest po prostu niezbędny, to może być tylko lepiej.


-  Jak się pan czuje w Bielsku-Białej?
R.K.:
- Fantastycznie. Mało kto wie, ale sprowadziłem do Bielska żonę i tutaj razem mieszkamy. Żona pracuje w szkole w Łodygowicach, jesteśmy więc takimi krakowiako-góralami. Nie jest to przypadkiem, gdyż przynajmniej na najbliższy czas chcemy związać swoją przyszłość z tym miastem.

<<wróć
TV Podbeskidzie


 


Konferencja prasowa TS Podbeskidzie S.A.
 

Ostatni mecz
Sparing
Wtorek, 22 maja 2012, godz: 15:00
Dankowice
TS
Podbeskidzie TS Podbeskidzie
2:2
Wisła
Kraków Wisła Kraków
Tabela
30 kolejka
poz. nazwa klubu m. pkt bilans
1.  Śląsk Wrocław 30 56 47-31
2.  Ruch Chorzów 30 55 44-28
3.  Legia Warszawa 30 53 42-17
4.  Lech Poznań 30 52 42-22
5.  Korona Kielce 30 48 34-29
6.  Polonia Warszawa 30 45 33-32
7.  Wisła Kraków 30 43 29-26
8.  Górnik Zabrze 30 42 36-30
9.  Zagłębie Lubin 30 40 36-42
10.  Jagiellonia Białystok 30 39 35-45
11.  Widzew Łódź 30 39 25-26
12.  Podbeskidzie Bielsko-Biała 30 35 26-39
13.  Lechia Gdańsk 30 31 21-30
14.  GKS Bełchatów 30 31 34-36
15.  Łódzki KS 30 24 23-53
16.  Cracovia 30 22 20-41
Partnerzy
medialni
Sponsorzy