Sokołowski: Trafiła mi się w życiu piękna przygoda

Kapitan, ikona, postać dla Podbeskidzia wyjątkowa. W Bielsku-Białej się urodził, wychował, tutaj uczył się piłki, a po latach poprowadził klub do największych sukcesów. Rozmowa z Markiem Sokołowskim, Góralem z krwi i kości o ponad 20 letniej, bogatej karierze. 

Twoje początki w dorosłej piłce zbiegły się na dobrą sprawę z powstaniem klubu. Jesteś jednym z tych, którzy rozpoczynali budowę nowego. 

Z BBTS-em spadaliśmy wtedy z IV Ligi do okręgówki, to był taki czas, kiedy szansę dostawali tacy jak ja – młodzi zawodnicy, Już pod koniec tego sezonu były sygnały, że dojdzie do połączenia trzech klubów w Bielsku. Było wiele szumnych zapowiedzi o próbie stworzenia lokalnej, piłkarskiej potęgi. Prezesi Wysogląd i Antonik pochodzili z dzielnicy Komorowice, więc klub  został przeniesiony właśnie tam. 

Co zapamiętałeś najlepiej z tamtych lat? Wtedy zdecydowanie bliżej było do amatorki niż profesjonalizmu. 

Pamiętam pierwszy obóz na który pojechaliśmy z trenerem Byrdym. Miejscowość nazywała się Tęgoborze i trenowaliśmy tam na boisku przy szkole, które było niewymiarowe i okropnie zdewastowane. Na pewno nie można uznać tamtych czasów za profesjonalne. 

Marzenia o wielkiej karierze na pewno były, ale czy wyobrażałeś sobie że nie tylko ty, ale i klub możecie zajść tak daleko? 

Człowiek sobie wtedy nie zdawał sprawy z tego, że z piłki będzie mógł wyżyć. Nie wyobrażałem sobie, że mogę zagrać w Ekstraklasie, to była okręgówka… Wtedy pierwszy raz podpisałem jednak pierwszy nazwijmy to profesjonalny kontrakt. Miał chyba z 25 kartek, było wszystko uwzględnione m.in. punkt dotyczący służby wojskowej. Może nawet go gdzieś jeszcze mam...

Zaliczałeś kolejne awanse, ówczesny BBTS rósł w siłę i o klubie powoli robiło się głośno. A to za sprawą kilku wyróżniających się zawodników. Byłeś m.in. ty, Moskała, z zagranicznych wojaży wrócił jeszcze Więzik, a później pojawił się jeszcze Olszar. Działo się pod Klimczokiem. 

Faktycznie, było kilku ciekawych zawodników. To właśnie wtedy powoli zaczął kształtować się już taki naprawdę profesjonalny klub. Przed sezonem pierwszego awansu na testy przyjechało sporo zawodników, dwie szatnie wypełniły się po same brzegi, a pojawiali się zawodnicy nawet z II Ligi. Opinia o klubie była taka, że pojawiła się tutaj kasa. „Kosmos w Komorowicach”. Takie powstawały artykuły w lokalnych gazetach. Zaczęło się bardzo hucznie, zrobiliśmy awans, strzeliliśmy ponad 180 bramek. Ja zapisałem się wtedy w historii bo strzeliłem setną bramkę. Pamiętam, że Andrzej Wysogląd bardzo chciał, żeby padła ona przed własną publicznością, ale złożyło się tak, że zdobyłem ją w Węgierskiej Górce. Później, już na meczu u nas dostałem nagrodę, szampana, ale prezes był trochę obrażony, bo poszło to nie po jego myśli (śmiech). 

Rok po roku były awanse i wasza dobra gra zaprocentowała. W 2001 roku wyruszyłeś na podbój kraju. Najpierw ówczesna II Liga i KSZO. Wszedłeś do zespołu z buta i skończyło się to awansem. 

To był sezon 2000/01. Tomek Moskała poszedł do GKS-u, Olszar do Górnika, a ja do Ostrowca. Pieniądze za mój transfer to był spory zastrzyk dla klubu, bo powoli było ich tutaj coraz mniej, a dodatkowo to było płatne tylko w trzech ratach. Na początku były jednak pewne problemy, nie chcieli mnie sprzedać, ale wypożyczyć, bo istniała szansa, że później będzie możliwość większego zarobku. Chciano mnie tu nawet zawieszać, jeśli pojechałbym na obóz z KSZO. W Ostrowcu jednak wszystko pozałatwiali, to był wtedy mocny klub, także w strukturach PZPN. Z BBTS-u dostałem w końcu sygnał, że wszystko jest już dograne i że mogę jechać. Jeśli chodzi o same początki w KSZO to były naprawdę udane – po pierwszej rundzie byliśmy na szóstym miejscu, a sezon zakończyliśmy awansem, wraz z RKS-em Radomsko.

Wymarzona Ekstraklasa, w której zagościłeś już na dobre. Zanim jednak zaczniemy ten temat – nie myślałeś nigdy o wyjeździe za granicę? 

Nawet jak tutaj wracałem, to z Grześkiem Więzikiem pojechaliśmy do Uterhaching. To był wtedy świeżo upieczony beniaminek 2 Bundesligi. Tygodniowe testy. Niby było wszystko fajnie, umowa miała być od zimy, ale później zmienił się trener i to nie wypaliło. Miałem też raz ofertę od menadżera Jarosława Kołakowskiego – wyjazd do Grecji. Klub wstępnie zaproponował jednak tylko jeden bilet, a dla mnie to było niepoważne. Poza tym ofert raczej nie było.

Nie miałeś ciśnienia na wyjazd? 

Nie, absolutnie, choć kilka razy o tym myślałem. Nigdy nie miałem też menadżera, a może w dobrych czasach taka osoba coś by tam wykombinowała. Ciśnienia na to na pewno jednak nie miałem. 

Wracamy do Ostrowca. Pamiętasz coś szczególnego z debiutu w Ekstraklasie? 

Pamiętam – z Wisłą Kraków 0:1, bramkę strzelił Kosowski, a debiutował też ze mną „Pietras”. Byłem wtedy po kontuzji, leczyłem mięsień dwugłowy, który naderwałem jeszcze w 1 Lidze. Dlatego, też zacząłem na ławce. Niemal od razu jak wszedłem na boisko mogłem strzelić bramkę z głowy, ale piłka minimalnie minęła słupek. To było jeszcze przy stanie 0:0. 

W KSZO spotkałeś Darka Pietrasiaka o którym wspomniałeś i z którym grałeś później tutaj i mocno się trzymałeś.

Z Darkiem do tej pory jesteśmy super przyjaciółmi. Na dobrą sprawę jeśli chodzi o jego przenosiny do Bielska to byłem takim architektem tego transferu. Trener Kasperczyk szukał stopera, a Darek wcześniejszy Mistrz Polski ze Śląskiem, wracał z rocznego pobytu w Izraelu. Doświadczony zawodnik. Skończyło się na tym, że trochę tu pograł i to bardzo dobrze. 

Kiedyś już zapytałem cię o najpiękniejszego gola. Czy coś się zmieniło? (mowa o golu dla KSZO w meczu barażowym z Górnikiem Łęczna o pozostanie w Ekstraklasie. Marek zdobył bramkę na 1:0 w 90 minucie pierwszego meczu)

Nic się nie zmieniło. W barażu strzelić takiego gola, to naprawdę coś niesamowitego. Powiem tak nawet nie pomyślałem, że mógłbym coś takiego zrobić w meczu. Po prostu biegłem jak najdalej od swojej bramki i dobiegłem do tamtej (śmiech). To było takie niesamowite uczucie. Pod koniec nie miałem już kompletnie sił, a przy tym wszystkim było jeszcze kupę szczęścia - przeciwnicy wchodzili wślizgami, gdzieś ta piłka się odbijała od moich nóg, później bramkarz przy interwencji zdołał ją jeszcze musnąć a ona znów odbiła się od mojej nogi i na wślizgu musiałem ją pakować do bramki. Pamiętam, że Górnik wtedy bardzo dobrze grał. Do przerwy Waldek Piątek, który stał w naszej bramce miał ogrom pracy. Nie chcę przesadzić, ale odbił mnóstwo strzałów. Zakończyliśmy zwycięstwem po moim golu z 94 minuty. 

Masz gdzieś jeszcze nagranie?

Mam. Jakość słaba, ale jest. Można też zobaczyć ją, niestety w podobnej jakości na YouTube.

Zdarzało ci się kilka razy naprawdę pięknie uderzyć. Choćby gol tutaj z Piastem w samo okienko. 

Ten z lewej nogi? Tak, faktycznie. Była też bramka z dalszej odległości z Koroną i jeszcze kilka innych. 

Jak już mówimy o twoich golach nie możemy zapomnieć o jeszcze jednym wyjątkowym. Zapisałeś się w annałach polskiej piłki takim określeniem jak centrostrzał, który można powiedzieć już na stałe wszedł do piłkarskiego słownika (śmiech).

Bardziej to była centra niż strzał (śmiech). 

Tą bramkę wpakowałeś Wojtkowi Kaczmarkowi, jak tu przyszedł było z tego powodu trochę żartów? (śmiech)

Było i to sporo. Szczególnie, że poza tym golem wpakowałem mu jeszcze kiedyś jak grał w Zawiszy gola głową z 16 metrów (śmiech). Wkurzał się później, że gdzie nie grałem to mu strzelałem. Miałem do niego szczęście. W tym meczu w Krakowie Wojtek jednak nie miał szans. 

Po KSZO na moment wróciłeś do Bielska, później był Wodzisław Śląski no i wreszcie Grodzisk Wielkopolski. Tam święciłeś największe sukcesy, więc siłą rzeczy najpiękniejsze wspomnienia. 

Najlepsze, biorąc pod uwagę sukcesy. Dwa Puchary Polski, wicemistrzostwo Polski, brązowy medal, grałem w trzech edycjach europejskich pucharów. Nie graliśmy Superpucharu Polski, bo Drzymała odpuścił wtedy ten mecz po naszym powrocie z Azerbejdżanu. Część drużyny dopadła grypa żołądkowa i prezes zarządził, że nie gramy, że musimy odpoczywać przed kolejnymi meczami Pucharu UEFA, bo to wtedy było dla niego najważniejsze. Superpuchar zagrał wtedy mistrz z wicemistrzem, bodajże Zagłębie Lubin z GKS-em Bełchatów. Nie wiem czy byśmy to wtedy wygrali, ale fajnie byłoby zagrać. Po Azerbejdżanie pojechaliśmy do Kazachstanu, czyli trafiliśmy jeszcze gorzej (śmiech), ale przeszliśmy. Groclin to był najbardziej profesjonalny i poukładany klub w jakim byłem. Większość powinna się uczyć na ich przykładzie. 

Złote czasy. Zbigniew Drzymała sporo inwestował w klub, co sportowo się opłaciło. 

Budżet klubu wynosił wtedy około 20 milionów złotych i niemal wszystko wykładał sam prezes. Wielka kasa.

Co z perspektywy czasu uważasz za swój największy sukces tamtych czasów? Masz Puchar Polski, wicemistrzostwo, zaliczyłeś grę w europejskich pucharach. 

W jednym sezonie zdobyliśmy puchar i wicemistrza. Te dwa sukcesy zdecydowanie uważam za najważniejsze. 

Drzymała w końcu pozbył się klubu, co skończyło się przeniesieniem do Warszawy. 

Gdy przyjeżdżałem do Grodziska, myślałem że nie wytrzymam tam więcej niż pół roku. Zobaczyłem taką „pipidówę” to pomyślałem - „nie ma szans”. Uważałem się wtedy za człowieka z dużego miasta, bo Bielsko to duże miasto, ale po tym pół roku tak przesiąkłem Grodziskiem, że nie chciało się z niego wyjeżdżać. Gdy przeprowadziłem się do Warszawy to po prostu żałowałem. Tam jechałem na trening 3 minuty, a w Warszawie trasę na stadion którą pieszo pokonałbyś w 10 minut nie raz robiło się autem w pół godziny czy 40 minut. Na pewno w mieście było co robić, ale mnie przerażały, denerwowały te korki, cała otoczka. Stolica mnie nie urzekła.

Okoliczności tego przejścia, przeprowadzki były specyficzne, bo przenieśliście się całą drużyną. 

To był największy sukces tamtej Polonii. To, że przeszedł cały zespół z Grodziska i my tym rozpędem zrobiliśmy jeszcze puchary. Później prezes zaczął mieszać, chciał na siłę robić mistrzostwo Polski i na dobrą sprawę zepsuł to, co było. 

Szkoda tego, co było przez lata budowane. Dość szybko zostało to zmarnowane. 

Polonia faktycznie zbyt długo niewytrwała, to najlepsze podsumowanie. 

Zanim jednak trafiliście do Warszawy, było trochę perypetii. 

Z tym przejściem to była w ogóle większa historia. Po ostatnim sezonie Groclinu myśmy na dobrą sprawę byli już piłkarzami Śląska Wrocław. Były zrobione nawet koszulki, można powiedzieć że wszystko ustalone. We Wrocławiu zorganizowali jednak jakieś spotkanie z kibicami, którzy byli przeciwni i sprawa się rozmyła, prezydent Wrocławia zrezygnował. Śląsk zresztą sam potem wywalczył awans. Później był temat Pogoni Szczecin, która była wtedy chyba w IV Lidze, ale tam też kibice się sprzeciwili, no i pojawił się Wojciechowski. 

Zagrałeś w derbach stolicy. To było coś wyjątkowego? 

Derby to na pewno fajna rzecz. Szczególnie że w debiucie zdobyłem w nich bramkę. Ale nie powiem jednak, żebym z Polonią się zżył. To tak jakby „wcielili” mnie do wojska. Człowiek nic nie wybierał, mieliśmy ważne kontrakty i do tej Warszawy przenieść się po prostu musieliśmy. 

Grałeś w klubach dwóch milionerów, którzy potrafili być mocno kontrowersyjni. Czym najbardziej zaskoczyła Cię ta dwójka? 

Na pewno więcej powiem o Wojciechowskim, bo Drzymała był zwykle wyważonym facetem, ten zaś nie liczył się z niczym. Widziałem kilka nieprzyjemnych sytuacji z nim w roli głównej, np. z Józefem Oleksym byłym premierem. Oleksy, który u niego wtedy pracował rozmawiał przez telefon. Wojciechowski wpadł do pomieszczenia wkurzony, wyrwał mu go i rzucił przez cały korytarz. Oleksy z pochyloną głową poszedł pozbierał telefon i wrócił. Jeśli zdarzały się sytuacje, że słabiej szło, były lunche u prezesa w JW Construction, co było równoznaczne z problemami. Był taki okres, że pojawiały się w klubie zakusy na mistrza. Na obozie przed sezonem ograliśmy Zenit i chyba Borussię. No i wiadomo, kibice w Polsce przeczytali, podchwycili, Józef też się się napalił… Potem przyszła liga, pierwszy mecz u siebie z Lechem i przegraliśmy 0:3. Kibice na tym meczu śpiewali „Józek, Józek nie płać im”, no i Józek nie płacił. Wiedział, że na trzeci miesiąc będzie musiał płacić, więc pieniądze szły dopiero wtedy. Ale najgorsze w tym wszystkim było to, że wypłat nie dostawali ludzie w klubie – sprzątaczki, pracownicy w biurach, młodzi, nikt. I to był problem. 

Stworzył też „Klub Kokosa”.

Dokładnie. Jak „Kokos” trafił do Polonii dostał kontrakt na 4 lata z rosnącymi pieniędzmi, a później stwierdzili, że go nie chcą. Chcieli wymusić na nim żeby sam odszedł, ale on przy rozwiązaniu chciał część pieniędzy, a do porozumienia dojść nie mogli. Kokos się zawziął no i biegał po trybunach, po schodach. Pieniądze leciały, a on przychodził na wszystkie treningi. Od tego czasu przepisy się zmieniły, wtedy nie mógł z winy klubu rozwiązać umowy, bo na czas mu płacili, teraz byłoby inaczej. 

Ciężko znaleźć pozytywy w tamtej Polonii. 

Jak były dobre wyniki to Wojciechowski mocno żył klubem. Dało się to odczuć, bywał hojny. Potrzebny był tylko wynik, który on wedle swojej wizji musiał kupić. Podchodził do piłki jak do swojego biznesu. Był kiedyś taki moment, w którym chciał pokazać, że jest niezadowolony z naszych wyników. Stwierdził więc, że będziemy jedli jak jego robotnicy. Przywozili nam wtedy flaki z bułkami i jedliśmy to po treningach. Takie historie były (śmiech). 
Pamiętam też, jak graliśmy w pucharach, to były jego początki w klubie. Graliśmy z zespołem z Czarnogóry, z Podogricą. Wygraliśmy tam 2:0. W jednym z hoteli prezes wynajął tam całe piętro. Po meczu była tam taka kolacja, że to się w głowie nie mieści. Za naprawdę grubą kasę. On się tym wtedy bardzo cieszył. Siedzieliśmy tam całe cztery dni. Miał gest, nie można powiedzieć. Ale do tego wszystkiego musiał być wynik. Nie czuł tego, że to jest sport, że nie wszystko można kupić. 

A Drzymała?

Zdarzało się, że czasami przyszedł na jakąś odprawę przed meczem, albo sam je robił. Słyszałem, że podczas meczu dzwonił czasem do kierownika zespołu Władka Kowalika z instrukcjami kogo trzeba zmienić. Wtrącał się. Wojciechowski ze dwa razy też wszedł do szatni w przerwie, powyzywał wszystkich i poszedł (śmiech). Jakby połączyć najlepsze cechy tych dwóch panów, wyszedłby świetny prezes. Drzymała zawsze wszystko przeliczał, Wojciechowski często nie liczył się z niczym. 

Ale to zespół Drzymały, nie Wojciechowskiego świecił sukcesy. 

No właśnie. W Groclinie nie było takich kominów płacowych jak w Polonii, gdzie później zawodnicy jak przychodzili zarabiali naprawdę kupę kasy. Zarobki u niektórych były większe niż w Legii. Drzymała na takie rzeczy sobie nigdy nie pozwolił. Działał bardziej z głową. Tyle, że budował to bardzo długo. Sukcesy zaczęły się w sezonie 2003/04 to pierwsze wicemistrzostwo i puchary dla Grodziska. Wcześniej to było bronienie się przed spadkiem i ciągła budowa drużyny. 

To był specyficzny czas w polskiej piłce. Tuzami były zespoły z małych miejscowości – Amica Wronki, Groclin. 

Kaprysy ludzi bogatych. 

Odszedłeś z Polonii jeszcze przed zmianą właścicielską, wróciłeś na stare śmieci i nie ma co – zrobiłeś to w fantastycznym stylu. Od razu historyczny awans do Ekstraklasy. 

Już wcześniej, w lecie rozmawiałem z prezesem Okrzesikiem na temat mojego powrotu, ale w Polonii miałem ważny kontrakt i klub nie chciał mnie puścić. Nie podobało mi się w Warszawie i mocno chciałem tutaj wrócić. Musiałem dograć do zimy i przyszedłem do Podbeskidzia, wtedy lidera I Ligi. Była wielka szansa awansu i to się udało. 

Feta po awansie była jednym z takich wydarzeń, których się nie zapomina. Tłumy bielszczan pod ratuszem, wasz przejazd...

Gdy awansowałem z KSZO nie było czegoś takiego. Była feta na rynku, ale nie było przejazdu, tej całej fantastycznej otoczki, która była tutaj. W Grodzisku, jak zdobywaliśmy wicemistrzostwo też było ciekawie, ale tutaj… Tutaj to wydarzenie wciąż świetnie się pamięta. Dla mnie to było coś wyjątkowego. Moim marzeniem było, żeby mój klub, z mojego miasta, z Bielska-Białej grał w Ekstraklasie. To się spełniło i to jeszcze ze mną na pokładzie. Niezwykłe. 

Dla większości z Was to był zdecydowanie najważniejszy moment w karierze. 

Faktycznie, mało było w tym zespole zawodników, którzy wcześniej mieli jakieś sukcesy. Rogal miał z 40 występów w Ekstraklasie, Konieczny, Cieśliński mieli kilka. To był wielki sukces naszego zespołu. 

Od początku, od pierwszego trenera Roberta Kasperczyka, poprzez Sasala, Kubickiego, Michniewicza, Ojrzyńskiego, Podolińskiego i Dźwigałę, a na Kocianie skończywszy miałeś pewne miejsce w składzie, byłeś wiodącą postacią. Pracę z którym z nich zapamiętasz najlepiej? 

Sporo ich było, ale patrząc na Polonię – dwa lata i z dziesięciu trenerów (śmiech), to wciąż niewiele. Nie miałem jakiegoś, którego bym nie lubił. Patrząc przez pryzmat wyników, najlepszy był Ojrzyński. Najwyższe miejsce w Ekstraklasie i półfinał Pucharu Polski. Nie można też pominąć trenera Michniewicza, bo utrzymanie w tamtym pamiętnym sezonie, to jak zdobycie Mistrzostwa Polski. Będąc kapitanem, jednym ze starszych w drużynie, byłem takim zawodnikiem z którym szkoleniowcy się liczyli. Nie miałem z nikim na pieńku, każdy trener miał swoje wady i zalety i to tyle. Muszę tylko zaznaczyć, że przy Ojrzyńskim zrobiliśmy też spory skok organizacyjny, staliśmy się bardziej profesjonalni jako klub.

Muszę jeszcze wrócić do tej wiosny 2013. 

Wiele zdziałaliśmy nastawieniem, motywacją, charakterem. Przyszedł Michniewicz, który miał coś w sobie. Potrafił do nas dotrzeć, na przykład przez różne filmy. Na takim etapie sezonu, na treningach niewiele już można zrobić. Trzeba dotrzeć do głów zawodników. Boje się, że jakby w tamtym momencie na ławce pojawił się ktoś inny, to moglibyśmy nie dać rady. 

Były chwile zwątpienia? 

Małe zwątpienie przyszło, gdy przegraliśmy z Piastem u siebie. Widać było, że zespół poczuł, że może się nie udać. Ale jak wygraliśmy w Poznaniu i pozostał już tylko mecz u siebie z Pogonią no i wyjazd do Łodzi, to wszystko odżyło. Na Widzew jechaliśmy ze świadomością, że trzeba wygrać i nie wydaje mi się żeby oni nam w tamtym meczu mocno zagrażali. 

  

Skończyło się świetnie i można było świętować. Trener Michniewicz kiedyś w wywiadzie mówił, że po dającym utrzymanie meczu z Widzewem w Łodzi mieliście się zatrzymać w Częstochowie, ale… nie byliście już w stanie (śmiech). 

Jak z człowieka schodzi ciśnienie to puszczają hamulce i każdy chce się wyluzować. W Częstochowie, wszyscy już spali w autokarze (śmiech). Po drodze czekali na nas kibice, były śpiewy, zabawa. Świetne chwile. 

Później pojawił się Leszek Ojrzyński, o którym już wspominaliśmy. Bardzo dobre wyniki to jedno, ale i atmosfera w zespole była wyśmienita. 

On z tego słynął. Lubił integrować zespół. Co tydzień rada drużyny przychodziła do niego i wymyślaliśmy co będziemy robić. Zespół był bardzo zżyty, mocno wszyscy trzymaliśmy się razem. Wróciły wtedy chrzty na obozach, wspólne wyjścia. Dbał o takie kwestie. Jest czas kiedy trzeba zapieprzać na boisku, ale też musi znaleźć się czas na trochę luzu. 

Doprowadził was wtedy do półfinału Pucharu Polski, ale wielu mu zarzucało, że trochę to odpuścił wystawiając rezerwowy skład.

U nas puchar był wtedy traktowany tak, że grali w nim zawodnicy, którzy nie występują w lidze. To była ich zasługa, że doszli do półfinału. Każdy chciałby zdobyć ten puchar i kibice na pewno mocno zastanawiali się dlaczego na trybunach siedzą Iwański, Chmiel czy Sokołowski. To faktycznie było później przytaczane jako główny zarzut wobec niego. On zresztą mówił w jednym z wywiadów, że tutaj zrobił błąd, że nie wiedział do końca jak się zachować. 
Wydaje mi się, że Ojrzyński pozostawił po sobie najlepsze wrażenie. Z nim zrobiliśmy największy krok do przodu. Później trener Podoliński też nie był złym trenerem. Byliśmy bliscy największego sukcesu. Gdybyśmy tylko awansowali wtedy do tej ósemki... Zabrakło niewiele. 

Faktycznie byliście ogromnie blisko historycznego wyniku, ale ostatecznie spadliście z ligi. Bolesne doświadczenie. 

Tak, tym bardziej że przez te dwa czy trzy dni byliśmy w tej pierwszej ósemce. Skończyło się jednak najgorzej jak mogło. Dla mnie te ostatnie spotkania były jeszcze cięższe, bo dwa z nich oglądałem z trybun z powodu pauzy za żółte kartki. Nie mogłem pomóc drużynie i nie ukrywam, mocno mnie to bolało, a i po części pewnie ułatwiło zadanie rywalom. Przed meczem w Białymstoku z Jagiellonią, który finalnie przegraliśmy rozmawialiśmy na boisku w trójkę – ja, trener Podoliński i Michał Probierz, który otwarcie mówił, że cieszy się że nie gram, bo mogłem stanowić dla nich spore zagrożenie. Także, a może nawet przede wszystkim z powodu walorów mentalnych, dlatego że wiedziałem kiedy zwolnić tempo gry, przyspieszyć, zaskoczyć dalekim wyrzutem z autu. Powiedział to wprost. No niestety z Białegostoku wróciliśmy z niczym, a nawet remis wiele mógł nam dać, bo przed nami były jeszcze trzy mecze…

Kolejnego sezonu do udanych również zaliczyć nie możesz. Dopadła cię poważna kontuzja, ale po raz kolejny pokazałeś, że Marek Sokołowski ma wielki charakter. 

Niestety, na koniec taki uraz. Wcześniej nic tak poważnego mi się nie stało. Wróciłem jednak bardzo szybko, na dobrą sprawę pewnie mógłbym zagrać jeszcze wcześniej, ale drużynie dobrze szło nie było takiej potrzeby. Trzeba podziękować doktorowi Jaroszewskiemu. 

Organizmy z lat 70. są chyba twardsze (śmiech). 

Na pewno (śmiech). Im starszy tym lepszy. W ostatnim sezonie w Ekstraklasie mnie, Jozefa Piacka i Olega Wierietiło dopadła ta sama kontuzja, naderwane dwójki. Leczyliśmy się u tego samego lekarza i razem wróciliśmy na mecz ligowy. Oni szybko musieli zejść, a ja starszy od nich, choć miałem jeszcze bardziej naderwane wytrzymałem cały mecz. Z kontuzjami nie miałem większego problemu. Doktor Gulewicz nie raz przypomina to, jak kiedyś miałem złamany palec. W ciągu trzech tygodni zagoił mi się cały, kość bardzo szybko się zalała. Odbudowa minimum trwa od czterech od sześciu tygodni. Już cztery zdarza się bardzo rzadko. A trzy? 

Emocje już opadły. Twoje pożegnanie było takie jakiego oczekiwałeś? 

Oj opadły. Myślę, że wyszło fajnie, jakbym strzelił jeszcze bramkę to w ogóle byłbym w siódmym niebie. Czasu na to jednak nie było. Cieszę się, że nie kulałem po tym boisku tylko grałem normalnie. Wydaje mi się, że kibice widzieli, że ten Sokołowski się wyleczył, daje z siebie co może, a nie gra na siłę. 

Mecz zszedł na drugi plan, wasze pożegnanie stało się ważniejsze. 

Szczerze? Świetne uczucie. Kupę lat tu spędziłem i jak miałem odchodzić to tylko na boisku. Dobrze, że Darek do tego doszedł, bo byłoby szkoda, jakby nie miał szansy pożegnać się na murawie.  Super to wyszło. Może jeszcze wspólnie z klubem, miastem uda się w przyszłości zorganizować mecz, w którym zagraliby piłkarze z którymi w trakcie kariery występowałem. Mam trochę czasu żeby to przemyśleć. Na pewno kilka ciekawych nazwisk by się pojawiło. Teraz dziękuję za te wszystkie piękne lata i za to piękne pożegnanie. 


Za tobą piękna kariera z ponad 300 występami w Ekstraklasie, medalami Mistrzostw Polski, Pucharami Polski, grą w europejskich rozgrywkach. Jak miałbyś podsumować to co przez te dwadzieścia kilka lat osiągnąłeś, jakie to byłyby słowa? 

Jakie to byłyby słowa… Trafiła mi się w życiu piękna przygoda. Wszystko co robiłem, robiłem z pasją. Cieszę się, że zrealizowałem kilka swoich sportowych marzeń, celów. Na początku kariery kompletnie nie spodziewałem się, że tak może to wyglądać. Pojeździłęm po europejskich stadionach, byłem na paru świetnych obozach, nawet za oceanem. Piłka to moja miłość, a że mogłem w nią grać na wysokim poziomie? Przygoda życia. Będzie co wspominać i to chyba tyle. Po prostu jestem zadowolony. 

 

 

 

 

 

 

 

MENU